- Home
- About
- Staff
- Commentaries by FPS Staff
- Rusakovich Andrei Vladimirovich
- Rozanov Anatoliy Arkadievich
- Research Briefs
- Tihomirov Alexander Valentinovich
- Shadurski Victor Gennadievich
- Sidorchuk Valery Kirillovich
- Brovka Gennady Mikhailovich
- Gancherenok Igor Ivanovich
- Malevich Ulianna Igorevna
- Prannik Tatiana Alexandrovna
- Selivanov Andrey Vladimirovich
- Sharapo Alexander Victorovich
- Testimonials
- Conference Proceedings
- Amber Coast Transport Initiative Project Concept
- Nato and Belarus - partnership, past tensions and future possibilities
- OSCE High-Level Seminar on Military Doctrine
- Poland-Belarus: perspectives of cross-border cooperation
- Polish-Belarussian Transborder Customs Cooperation: сurrent Problems and Challenges
- Reports
- We see the significant reduction of the U.S. Army in Europe
- NATO's International Security Role
- International seminar on issues in the Collective Security Treaty Organization
- Belarus-Turkey: The ways of cooperation - 2011
- Belarus - Poland: two decades of international relations
- Belarus-Turkey: The ways of cooperation - 2009
- International seminar Belarusian Diaspora: Past and Present
- The first Round Table
- News Releases
- The conference on Overcoming the financial crisis
- Round Table on history and future of Belarus-Poland cooperation
- Seminar on Belarusian diaspora: past and present
- The conference on Belarus in the Modern World
- The conference on Economic, legal and informational aspects of cooperation in customs sphere
- Comments
- Contact

Fot. Vasily Fedosenko/Reuters/Forum
Wolny handel pod pomnikiem Lenina w miasteczku Wilejka, 23 października 2011 r.
SONDAŻ
Na początku swoich rządów Aleksander Łukaszenka zapowiedział, że niebawem uściśnie dłoń ostatniemu białoruskiemu przedsiębiorcy. W międzyczasie nazywał ich "wszawymi pchłami". A jednak po 17 latach jego rządów prywatny biznes na Białorusi nadal istnieje. "Prywaciarze", czyli ludzie, którzy pracują na siebie, stanowią 5,8 proc. ogólnej liczby pracujących. To już samo w sobie jest sukcesem. Monstrualnie rozbudowany system kontroli, często zmieniające się i wewnętrznie sprzeczne prawo oraz różna jego wykładnia stwarzają klimat, w którym każdy może być pewny jednego - jeżeli służby się do ciebie przyczepią, to coś znajdą. Jak w tych warunkach radzą sobie białoruscy przedsiębiorcy?
Zasada nr 1. Małe jest bezpieczne
- Najważniejsze nie wybijać się ponad przeciętność. Wtedy nikogo nie będziesz obchodzić i możesz spokojnie żyć - mówi Dzmitryj, 40-letni przedsiębiorca z Mińska. I dodaje: - Władza świadomie stwarza takie warunki, by każdy z nas musiał naruszyć prawo. Taki jest ich pomysł na przedsiębiorców: trzymać wszystkich pod kontrolą.
Układ według Dzmitryja jest taki: "Wy po trochu coś kręcicie. My na to pozwalamy. Za to wy się stosujecie do naszych reguł i nie zadzieracie z władzą". Dzmitryj biznesem zajął się na początku lat 90. - Zaczynałem od zwykłego ksero - wspomina z dumą.
Kopiarki były wtedy nowością. Dzmitryj zainwestował pożyczone pieniądze i otworzył punkt usługowy. Dziś mieszka pod Mińskiem w niewykończonym jeszcze domu. W jednym pokoju stoi sprzęt poligraficzny. Na nim Dzmitryj drukuje broszury z konferencji naukowych bądź materiały dla różnych urzędów państwowych.
- Moi klienci to ci, którzy wydają broszury w niewielkim nakładzie. Kilkaset egzemplarzy. Wtedy nie opłaca się im iść do drukarni. Taniej jest u mnie - tłumaczy.
Klientów ma stałych i pod dostatkiem. - Ostatnio nawet dla białoruskiego biura Związku Białorusi i Rosji drukowałem materiały z konferencji - chwali się.
Władza jednak regularnie rzuca mu kłody pod nogi. - Raz na jakiś czas wydają rozporządzenie, żeby wszystkie urzędy państwowe współpracowały tylko z państwowymi drukarniami. Zazwyczaj wtedy przez jakiś czas mam mało klientów. Jednak moja propozycja jest atrakcyjna, więc po pół roku wszystko wraca do normy. Znowu idą do mnie urzędy państwowe. I tak do następnego razu - opowiada.
- Nie chciałbyś kiedyś stać się naprawdę bogaty? - pytam.
- Jestem realistą. Dlatego wybieram spokojne, wolne życie, a nie jakiś ryzykowny wyścig, który ma wielkie szanse skończyć się więzienną celą - odpowiada.
Kilka lat temu Dzmitryj był współzałożyciem dużej poligraficznej firmy. Biznes szedł świetnie.
- Ruszyliśmy z masową produkcją nalepek reklamowych. Zadzwonił konkurent i wprost powiedział, że jak nadal będziemy to robić, to już po nas - wspomina.
Konkurent miał na myśli ściągnięcie kontroli finansowych i podatkowych. Podkreślił, że ma odpowiednie znajomości.
- Ustąpiliśmy. Przecież nie chodzi o wojnę, tylko o zarabianie. Najśmieszniejsze, że do dziś nie wiem, czy to była realna groźba, czy blef. Postanowiliśmy nie sprawdzać - mówi.
Dzmitryj mieszka we własnym domu, ma dobry zachodni samochód. Jego żona nie pracuje. Dzmitryj władzy nie lubi, ale z nią nie zadziera, zgodnie z przysłowiem: "Umnyj w goru nie pojdiot - umnyj goru obojdiot" (Mądry w góry nie pójdzie - mądry góry ominie). Mówi, że jest szczęśliwy.
Zasada nr 2. Każdy trochę kręci
Jedziemy nową toyotą cami. Samochód płynie po ulicach Grodna. Gra przyjemna muzyka. Widać, że kierowca, 39-letni Sasza, spędził tysiące kilometrów za kółkiem. Od kilkunastu lat sprowadza używane zachodnie samochody.
- Przepisy? - śmieje się. - Mój kolega handlujący komputerami postanowił, że będzie trzymał się wszystkich przepisów. Bo to bezpieczne, a poza tym on miał takie przekonania. Ech, idealista... I co? Nie dało się! Gdyby się tego trzymał, musiałby od razu zamknąć biznes.
Kolega musiał więc - tak jak wszyscy białoruscy przedsiębiorcy - zacząć "trochę kręcić": coś sprzedać poza księgowością, gdzieś nie dopłacić podatku, gdzieś "posmarować" kontrolerowi, który przyszedł z niezapowiedzianą wizytą. - Wpędzało go to w depresję - wspomina Sasza.
Na szczęście dziś kolega jest obywatelem Kanady. Tam może żyć i pracować zgodnie z przepisami, nie płacić łapówek i czuć się wzorowym obywatelem. Sasza zaś nadal "trochę kręci", prowadząc biznes na Białorusi. Ale miesięcznie, w zależności od sytuacji, zarabia od tysiąca do nawet kilku tysięcy dolarów.
- Na życie mi starcza - uśmiecha się. Ma czteropokojowe mieszkanie, dwa samochody i jeszcze mieszkanie w Druskiennikach na Litwie.
Jego historia jest typowa dla białoruskich przedsiębiorców. Pierwszy biznes, który zaczynał jako uczeń technikum, jeszcze w czasach ZSRR, to był nielegalny handel deficytową wówczas wódką. Później na czarno pracował w Wielkiej Brytanii. Po powrocie zarobione pieniądze włożył we własny interes. Na początku lat 90. popularnością wśród Białorusinów zaczęły się cieszyć zachodnie samochody. - Żyguli czy łada to był już obciach. Symbolem sukcesu był mercedes. Kogo nie stać było na merca, przynajmniej chciał mieć volkswagena - wspomina.
Szasza zaczął sprowadzać samochody. Temu biznesowi - z krótką przerwą na handel słodyczami - pozostaje wierny po dzień dzisiejszy. - Biznes po białorusku? - zastanawia się. - Coś zaczyna przynosić dochód, państwo to zauważa i zaczyna przyciskać. Dlaczego? Myślę, że z zazdrości.
Sasza wie, co mówi. Na jego oczach państwo wypowiedziało wojnę handlarzom samochodami. Wcześniej było tak: sprowadzasz wóz, sprzedajesz, płacisz podatki i wszystko jest OK. Nagle postanowiono to "uporządkować". Z dnia na dzień okazało się, że obywatel Białorusi może sprowadzić w ciągu roku jeden samochód na własny użytek. Racjonalnie wytłumaczyć to jest trudno. Białoruś nie produkuje samochodów, więc nie ma mowy o obronie własnego rynku.
Sasza nie poddał się. Wymyślił schemat. On kupuje samochód w Niemczech. By oficjalnie sprowadzić go na Białoruś, potrzebny jest mu pośrednik - osoba, która zarejestruje się w urzędzie celnym jako właściciel samochodu i weźmie na siebie formalności związane ze sprowadzeniem auta. Za 200 dolarów Sasza nie miał żadnych problemów ze znalezieniem w Grodnie kogoś, kto podjąłby się tego zadania. Potem samochód był na rynku sprzedawany prawdziwemu klientowi. Sasza zarabiał swoje i znowu ruszał w drogę.
- Handel samochodami? Ja nie mam z tym nic wspólnego. Ja tylko świadczę usługi transportowe - śmieje się, wspominając, jak tłumaczył się w urzędzie skarbowym.
W 2010, po podpisaniu unii celnej z Rosją i Kazachstanem, Białoruś na rok zawiesiła wprowadzenie rosyjskich ceł na samochody (kilkakrotnie wyższych niż białoruskie). Z ostatniej szansy na tanie zachodnie samochody postanowiły skorzystać dziesiątki tysięcy Białorusinów. Popyt na auta skoczył pod niebiosa. Dla Saszy oznaczało to sprowadzanie do dziesięciu samochodów miesięcznie. Schemat z podstawionym klientem działał bez zarzutu. Podobnych schematów prowadzenia biznesu jest mnóstwo i to w każdej dziedzinie. Niezależne białoruskie media twierdzą, że tak działa 80 proc. białoruskich przedsiębiorców.
Rok później, po wprowadzeniu wyższych ceł, rynek samochodowy zamarł.
- Cło jest zabójcze. Średnio jakieś 10 tysięcy euro płaci się za sprowadzenie samochodu. Na Białorusi mamy praktycznie zero transakcji. Na szczęś-cie jest rynek rosyjski i kazachski - mówi Sasza.
Tam Sasza nie musi "świadczyć usług transportowych", tylko normalnie handluje samochodami.
Zasada nr 3. Przyjaźnić się z władzą
Pan Aleksander długo nie zgadzał się na rozmowę. Musiałem obiecać, że nie tylko nie podam jego nazwiska, ale nawet miasta i rodzaju działalności. W biznesie jest od lat 90. Jest szefem dużej, dobrze prosperującej firmy. - Białoruś to kraj dużych możliwości - zaczyna. - Tylko trzeba znać odpowiednich ludzi. A przede wszystkim mieć wyobraźnię i rozumieć, jak funkcjonuje państwo, w którym żyjesz - odpowiada.
To ostatnie wydaje się najważniejsze. Według pana Aleksandra nie chodzi o banalne łapówki - o których zresztą nie chce w ogóle rozmawiać - ale o coś, co na Białorusi określa się ładnym terminem: socjalna odpowiedzialność biznesu. A oznacza to wydawanie przez przedsiębiorców własnych pieniędzy na cel wskazany przez władze.
- Powiedzmy, że do naszego miasta przyjeżdża ważna delegacja. Gości trzeba nakarmić, trzeba jakiś program kulturalny zapewnić. W budżecie nie ma na to środków. Do kogo pójdą władze? Do właściciela dobrej knajpy - opowiada pan Aleksander. - Ten, jak ma olej w głowie, to zorganizuje wszystko na najwyższym poziomie. Pieniędzy za to nie weźmie, zresztą nikt mu za to nie zamierza płacić. Goście zadowoleni, lokalne władze szczęśliwe i przedsiębiorca też. Ma plusa u władz. To naturalna sprawa - mówi.
Urząd miejski może też zbierać kwoty na jakiś cel. - Wzywają przedsiębiorców, bo buduje się obiekt sportowy krajowego znaczenia - mówi.
- Pałac lodowy? - dopytuję.
- Po co szczegóły? - oburza się pan Aleksander.
W każdym razie prywatne firmy budowlane muszą też w tym uczestniczyć. Oczywiście dostaną mniej niż cena rynkowa. Ale obiekt się buduje na rozkaz Aleksandra Łukaszenki. Więc każdy rozumie, że sprawa jest poważna, a przy innej okazji władza się odwdzięczy i stworzy możliwość odrobienia strat.
- Jeżeli umiesz dogadać się z ludźmi, wszystko będzie w porządku. Przyjaźń z władzą popłaca - mówi.
Pan Aleksander wierzy, że białoruski biznes może zarabiać nie tylko na siebie, ale również na urzędników, pałace lodowe, kluby hokejowe.
- To jest swego rodzaju podatek. I ja tak to traktuję - mówi.





